88. Wyjątkowa recenzja "Lilli Wenedy" w reż. Juliusza Osterwy

 

Realia, z jakimi przyszło się zmierzyć po drugiej wojnie światowej, zarówno aktorom, pozostałym pracownikom teatru, jak i widzom, odbiegały od jakichkolwiek wyobrażeń. Ale wśród tej niecodziennej codzienności, niewyobrażalnej dzisiaj tragedii zniszczonego miasta, życie toczyło się nową, powojenną rzeczywistością, wśród której namiastka dawnego, przedwojennego dnia dawała mieszkańcom Warszawy więcej niż nadzieję. Takim powrotem do normalności stały się przedstawienia w Teatrze Polskim, w tym słynne już dzięki Stefanowi Wiecheckiemu i jego "Ksiutom z Melpomeną", wystawienie "Lilli Wenedy" w 1946 roku.

Może to i recenzja nienajlepsza, na pewno jednak bardzo oryginalna, opowiadana słowami jednego z widzów – Pana Krówki, jako relacja tuż po wyjściu z teatru. Jego interpretacja dramatu Juliusza Słowackiego, którą odnaleźć można w publikacji "Sto lat Teatru Polskiego w Warszawie", jest doprawdy karkołomna i żadne słowa zastępcze jej wartości nie oddadzą dlatego przytaczamy tu jej początkowy fragment:

O co oni tam te wojne prowadzili? O muzyczny instrument, o staroświeckie bałabajkie, tyle trupa nakładli, a wszystko przez dwie cholery baby, starsze córkie jednego króla i żone drugiego (…) To uważasz Pan, było tak. Jeden król, wdowiec z czworgiem dzieci, pasjamy lubiał muzykie. Nie tylko, że rżnięte orkiestre trzymał, ale sam za kapelmajstra był i na bałabajce nie najgorzej podgrywał. Ta bałabajka podobnież miała być srebrna.

Ale dla nas, świętujących 100-lecie powstania Teatru Polskiego w Warszawie, wydaje się, że to najwspanialsza recenzja, pokazująca jak wielką rolę potrafił Teatr spełnić w tym czasie. Był nadzieją na normalność, nowe życie, a jednocześnie słowa Pana Krówki opisywały wydarzenie kulturalne, którym żyła cała Warszawa.

I nie ważne było, czy widzowie mają odpowiednie przygotowanie, żeby zrozumieć treść, ważne, że mityczny Pan Krówka wybrał się do teatru, znalazł czas i chęci, aby spotkać się ze sztuką, będącą dla niego synonimem wolności. Nie chodzi już dziś o to, czy mamy tu do czynienia z literacką fikcją spod pióra Wiecheckiego – piewcy folkloru i gwary warszawskiej, istotne, że dostrzeżone zostały wysiłki wszystkich przy odbudowie Warszawy i rola jaką odegrała w tym procesie powojenna inauguracja Teatru Polskiego.

/Źródło: Stefan Wiechecki-Wiech "Ksiuty z Melpomeną", Kraków 2001/