97. "Kraina kłamczuchów" w reż. Macieja Wojtyszki

 

W finale, gdy gnicie dni dotkniętych czarną zarazą staje się realnością, kłamczuchy Wojtyszki siadają na zydlach i nakładają na twarze ptasie maski. Wobec nieuchronności śmierci milczą, nastroszeni jak wielkie ptaki. Tylko na tyle ich dziś stać. Kafka, Beckett i Camus przyjdą dopiero jutro – tymi słowami kończy opis spektaklu jeden z recenzentów, zachęcając do zagłębienia się w historię dwóch pisarzy-kłamców, w obliczu zakradającej się do średniowiecznej Padwy – zarazy.

Dwa opowiedziane przez Wojtyszkę dni z życia Petrarki i Bocaccio, zostały jednomyślnie okrzyknięte przez krytyków portretem bezradności literatury. Do domu Petrarki – w tej roli wystąpił, jak pisali krytycy, genialny Mariusz Wojciechowski, który cudownie, brawurowo, lirycznie - gra bezradność boga słów – przybywa jego wielbiciel, wielki opowiadacz ludzkości, Boccacio – Paweł Koślik, aby go nakłonić do wyjazdu do Florencji, wobec groźby nadejścia dżumy. Koślik również doskonale odnalazł się w roli radosnego mężczyzny, ukrywającego się za maską błazna, a przy tym pełnego witalności i pasji życia.

W roli Giovanniego, niepiśmiennego syn Petrarki wystąpił Piotr Bajtlik, zachwycając autentycznością swej kreacji. Doskonale oddał charakter rozedrganego, boleśnie niepogodzonego z rzeczywistością syna pisarza-kłamcy, któremu codzienność nie chce wychodzić spod pióra, ponieważ potrafi pisać jedynie o romantycznej, nierealnej miłości.

Trzeba tu koniecznie zacytować fragment jednej z relacji ze spektaklu, aby oddać wrażenie, jakie wywołała wizja Wojtyszki:
Nie trzeba opisywać ciężaru ciszy, jaka zapada na widowni, gdy po lekkiej, zabawnej formule pierwszej części spektaklu, nagle odkrywamy w drugiej części, że wszystko jest bardzo serio. Niech wystarczy, że jest. Wieczorami na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego można, trzeba tę ciszę usłyszeć. Milczenie tych, którzy pojęli, że świat to pląs demonów, wobec których brakuje nam słów.

Więcej o spektaklu >>>