14. Satyra o Arnoldzie Szyfmanie

 

"O p. Schiffmanie i jego Teatrze."

Biedny Schiffmanie! Gdybyś w swej Galicji siedział,
Nigdyby tam głupstw tyle nikt ci nie powiedział,
Ile tu ich usłyszysz, musisz w kieszeń schować,
Za to, że ci się teatr zachciało budować.
Lecz czyli konstytucji zwabiła cię wonność,
Czy uczułeś do pięknych warszawianek skłonność,
Dość, że puściwszy kantem Galicję i Kraków,
Przybyłeś, aby działać pośród warszawiaków.
Zrazu zewsząd pochwały jadłeś pełną misą,
"Ruchliwy", "energiczny" zyskałeś przezwisko,
Lecz niebawem nadeszła ostra zmiana wiatru,
Gdyś powziął myśl wystawić nowy gmach Teatru.
Odtąd nie masz spokoju w nocy, ani we dnie,
O twym przyszłym teatrze wypisują brednie,
Ten cię szarpie za udo, ów szczypie za goleń
I grzebią w twej przeszłości od pięciu pokoleń.
Schiffmanie, choć losowi nie chcesz być uległy,
Nim do twego Teatru przywiozą dwie cegły,
Zanim ułożą stropy i rozrobią wapno,
Nim pierwsze białe krople z kielni na mur kapną,
Ty cięgów nie wytrzymasz i w wieczornej porze
Powiesisz się na kiosku lub transformatorze,
Albo, klnąc myśl Teatru, co przyszła do głowy,
Z rozpaczy pod samochód rzucisz się pocztowy.
/Z tygodnika satyrycznego "Mucha", 1911 r., nr 24./

To On w latach młodości, w roku 1906, debiutował jako dramaturg sztuką "Fifi" w Teatrze Miejskim w Krakowie. To On, z Karolem Fryczem i Teofilem Trzcińskim, równie wielkimi ludźmi teatru, otworzył teatrzyk małych form "Figliki". Występowała w nim Jego wielka miłość i towarzyszka życia, wspaniała artystka Maria Przybyłko-Potocka. To On był twórcą pierwszego kabaretu literacko-artystycznego "Momus". Otworzył go w stolicy w roku 1908. To Jemu zawdzięcza Warszawa Teatr Polski, który istnieje do dzisiaj przy ul. Karasia, któremu obecny dyrektor Andrzej Seweryn pragnie przywrócić dawny blask świetności. To On przekonywał możnych, zgromadził pieniądze i zbudował wspaniały, nowoczesny teatr, którego otwarcie nastąpiło 29 stycznia 1913 roku. Na inaugurację przygotował w swojej reżyserii "Irydiona" Krasińskiego, z Józefem Węgrzynem w roli tytułowej. O Jego teatrze, poziomie artystycznym, inscenizacji, repertuarze i reżyserii mówiono w samych superlatywach. W repertuarze miał Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego i Wyspiańskiego, choć nigdy nie wystawił Jego "Wesela", bo bał się pawich piór, które ponoć przynosić miały nieszczęście. Grywał sztuki Szekspira i Moliera. Upowszechniał współczesny dramat polski i europejski. Szczególną atencją darzył G.B. Shawa i Pirandella. Na wystawienie dzieł trudnych i wartościowych zdobywał pieniądze, sięgając po lżejszy repertuar, ale zawsze na wysokim poziomie. Za zarobione pieniądze, bo teatr był prywatny, wystawiał wielką klasykę - "Dziady" czy "Kordiana".

To On nauczył warszawiaków chodzenia do teatru. Nie tylko na sztuki lekkie i przyjemne, ale także na trudne i poważne. Jego teatr był zawsze pełny. Odpierał ataki ugrupowań politycznych i prasowych, pacyfikował konflikty wewnętrzne i strajki personelu. Był nie tylko dyrektorem, ale także społecznikiem teatralnym, członkiem Pen Clubu i Członkiem Zasłużonym ZASP-u.

/"WSPOMNIENIE: Arnold Szyfman (23.11.1882 - 11.01.1967)", Witold Sadowy, Gazeta Wyborcza - Stołeczna nr 79, 05.04.2011/